Miłość to chyba najczęściej wykorzystywany w kinematografii motyw. Gdyby usunąć wszystkie filmy, w których ta wartość pojawia się choćb...

"Miasto Aniołów "

/
0 Comments

Miłość to chyba najczęściej wykorzystywany w kinematografii motyw. Gdyby usunąć wszystkie filmy, w których ta wartość pojawia się choćby w najdrobniejszej postaci, nie byłoby co oglądać. W dzisiejszych czasach - kiedy co roku hurtowo powstają dziesiątki wysokobudżetowych produkcji, a ich zarobki liczy się w miliardach dolarów - coraz trudniej o dobrze wyważony film, który ukazałby nowe spojrzenie na miłość, pozwolił oderwać się od monotonnej codzienności, a przy tym pozostał na dłużej w pamięci, niż tylko pierwsze pięć minut po seansie. Właśnie takim obrazem jest "Miasto Aniołów".


Seth jest jednym z wielu aniołów żyjących wśród mieszkańców Los Angeles. Jego zadanie to wsłuchiwanie się w ludzkie myśli, wspieranie potrzebujących i odprowadzanie dusz do nieba. Tak jak inni jest szczęśliwy z tego, co robi. Pewnego dnia, podczas rutynowej wizyty w szpitalu, Seth poznaje doktor Maggie Rice. Młoda lekarka właśnie straciła pacjenta na stole operacyjnym i ponieważ nie może sobie z tym poradzić, obwinia się o jego śmierć. Chcąc pomóc kobiecie w trudnych chwilach, Seth towarzyszy jej na każdym kroku i wspiera swoją obecnością; nie mija wiele czasu, kiedy się w niej zakochuje. Maggie z początku jest zaintrygowana tajemniczym mężczyzną, ale szybko odwzajemnia jego uczucie. Seth postanawia porzucić nieśmiertelność i stać się człowiekiem, aby móc żyć u boku ukochanej. 

miasto aniołów


Trudno powiedzieć, o czym tak naprawdę jest ten film. O aniołach? O nietypowej miłości? O tym, jak los potrafi być przewrotny? Chyba o wszystkim po trochu. Fabuła płynie powolnym, wręcz melancholijnym rytmem, charakterystycznym dla melodramatów. Reżyser Brad Silberling bardzo wprawnie prowadzi całą opowieść. Główna oś fabularna skupia się na postaciach Setha i Maggie - ich rozterkach, przeżyciach wewnętrznych i łączących je relacjach. W tym miejscu duże brawa należą się twórcom scenariusza - Peterowi Handke, Danie Stevens i Wimowi Wendersowi. Stworzyli oni kawałek naprawdę ciekawej fabuły, równocześnie nie uciekając się do prostych, ogranych rozwiązań, dzięki czemu historia nie jest wcale schematyczna i przewidywalna - przeciwnie - nieraz potrafi zaskoczyć nieoczekiwanym zwrotem akcji. Gdyby stworzyć listę 100 najbardziej wzruszających filmów, "Miasto Aniołów" znalazłoby się w pierwszej dziesiątce. Niektórzy powiedzą: to nie jest wzruszające, tylko ckliwe. Trzeba jednak umieć odróżnić prawdziwie poruszającą historię od jej tandetnej podróby, co nie zawsze jest łatwe, ponieważ często jedno przypomina drugie. Jest jednak pewien sposób: jeśli po obejrzeniu filmu nie możemy o nim zapomnieć, przeciwnie - myślimy o nim i o historii, którą nam przekazał, to znaczy, że mamy do czynienia z czymś więcej niż tylko tanim wyciskaczem łez. 


Bogowie, Anioły i Demony ... 

Kiedy na pustyni koło Almagordo w Nowym Meksyku Amerykanie rozpoczęli erę nuklearną, miejsce nazywało się Trinity. Nie bez powodu nawiązano do dogmatu religijnego. Akt użycia nowej broni, o sile przekraczającej wszystko, co było dostępne przedtem, miał bowiem w sobie coś fundamentalnego i absolutnego. Po samym wybuchu J. Robert Oppenheimer przytoczył pamiętny cytat z  Bhagawadgity: Stałem się śmiercią, niszczycielem światów – rozumiejąc, że nowa technologia posłuży najpierw do zniszczenia, a do pokojowych celów dopiero potem i niekoniecznie.

meksyk

Kiedy Brytyjczycy z Bletchey Park w czasie wojny budowali pierwszy komputer, nazwali go Colossus – co było ewidentnym nawiązaniem do mitologii greckiej, czyli bazy kultury człowieka Zachodu. Był ogromny i miał strzec Cywilizacji Śródziemnomorskiej przed zakusami barbarzyńców – niczym ten Kolos, który stał u wrót portu w Rodos.

Zauważmy, że komputer oraz bomba atomowa to dwa fundamentalne dla współczesnej cywilizacji odkrycia. Bomba atomowa – a dokładniej „równowaga strachu” pomiędzy obozem komunistycznym a demokratycznym – określiły charakter drugiej połowy XX wieku. W czasie, gdy budowano pierwszy komputer oraz bombę atomową, trwały zmagania z Hitlerem. Ludzie, którzy pracowali na sukces aliantów w sposób inny niż umierając na froncie, mieli poczucie dziejowej misji. Stąd zwracali swoje myśli w kierunku spraw Pierwotnych i Ostatecznych, sięgając do mitów, legend i religii. Mimo, iż dziś nazwalibyśmy ich „umysłami ścisłymi”, posługiwali się bazą kulturową, którą człowiek wykształcony w owym czasie uznawał za coś oczywistego.

Kiedy natomiast spojrzeć na fundamentalne prace leżące u podstaw internetu, nie znajdziemy żadnej nazwy związanej z mitami, religią, demonami albo aniołami. W fundamentalnej pracy Leonarda Kleinrocka na temat kolejkowania czytamy:

Any system in which arrivals place demands upon a finite-capacity resource may be termed a queueing system. In particular, if the arrival times of these demands are unpredictable, or if the size of these demands is unpredictable, then conflicts for the use of the resource will arise and queues of waiting customers will form. The lengths of these queues depend upon two aspects of the flow pattern: first, they depend upon the average rate at which demands

… i tak dalej, zasypiamy po drugim akapicie. A mogłoby być tak:

This book will explain the basics of the internet. In 30 years it will be global network connecting billions of people, allowing them to send messages, talk to each other, play video, read news or even collaborate – without boundaries, for free. We will be able to see live transmissions from remote places, do shopping, love and hate, entertain ourselves, keep in touch with friends or relatives… all of these using the packet-switching technology described in this book. Whether you want to believe or not, this technology will change the world we know.

Zapewne nadano by takiej książce tytuł inny niż „Queuing Theory”, np. „Prometeus Unleashed”, „Xanadu is Here” albo  „Raphael: The World of Tomorrow”. Przeczytalibyśmy taką książkę? Zapewne tak – tylko że zakwalifikowana zostałaby ona jako science-fiction, z przewagą fiction. Ale ponieważ nikt z tego nie zdawał sobie sprawy z wagi wynalazków, które nastąpiły potem, ponadawano im techniczne nazwy, nienawiązujące do niczego, albo nawiązujące do rzeczy błahych: TCP/IP, Mosaic, Netscape, Gopher, CSMA/CD. No proszę, gdzie tutaj bogowie, demony, anioły? Gdzie mity, gdzie baza kulturowa, gdzie religia i transcencencja?

Jedna z nielicznych nazw, które niosą w sobie pierwiastek transcendentny to Ethernet. Czujemy w niej ulotność eteru, a jednocześnie wieczność (jak eternal). Podobnie jak daemon, program chodzący w tle i wykonujący „po cichu” jakieś zadania na zlecenie jądra systemu operacyjnego Unix. I jeszcze jeden przykład: kiedy Donald Knuth pisał swoją fundamentalną pozycję The Art of Programming, jedną ze struktur służących wyszukiwaniu nazwał trie, od retrieval. Brzmi trochę jak drzewo (tree), ale z francuska. Nic więc dziwnego że części składowe tej struktury nazwał lieves, jak takie francuskie leaves.

No ale Knuth był artystą, i do tego z jajami (płacił żywą gotówką za każdy błąd w TeX-u). Ludzie tacy jak on to raczej rodzynki. Dzisiejsi informatycy to mięczaki i technicy, zamknięci w swoim świecie i odcięci od kulturowej bazy, jaką mieli ich koledzy pół wieku wcześniej. Informatyka jest nudna i akulturowa. A szkoda.

Zanim jednak nas to zasmuci, pamiętajmy że na szczęście przyszło nam żyć w czasach, w których nie ma już Hitlera, nie ma wojny światowej, nie ma komunistycznego zagrożenia. Zwracanie się więc ku sprawom Pierwotnym i Ostatecznym nie jest więc konieczne tak bardzo jak wtedy, gdy powstawał Colossus i gdy pod Almagordo wybuchała bomba Trinity.



You may also like

Brak komentarzy:

W statystykach komentarzy mam ponad 400 stron spamu , fajnie ,że mnie odwiedzacie, ale jeszcze milej gdy bedziecie pisac na temat :)
Za każdy wartościowy komentarz dziękuje z całego serducha, to mobilizuje ! :)